Żyjemy, żyjemy! A za nami 6000 km
Ale co to był za tydzień! ![]()
Przez śniegi i wichry na najwyższych i najtrudniejszych szczytach Sardynii zimą.
Rzeźba, pogoda i wymagające szlaki sprawiają, że znów czujemy się jakbyśmy byli w Alpach.
Można powiedzieć, że Sardynia to górskie Włochy w pigułce, ale zupełnie dzikie!
Pierwszego dnia trafiamy w elfią baśniową krainę, niczym w lasach Lorien. Jesteśmy zauroczeni.
Wyżej szlaki Parco nazionale del Golfo di Orosei del Gennargentu są bardzo wymagające, a gdy wchodzimy na najwyższy szczyt Sardynii – Punta La Marmora 1834 m mgła przykrywa widoki. Wieje silny wiatr, trawersujemy północny stok Bruncu Spina pełen zasypanych śniegiem żlebów… na samotnej Monte Arbu 1567 m zwiewa nas ze szczytu, ale i tak najgorszy wiatr dopiero przed nami.
Prognozy następnego dnia to huragan, potem deszcze, a do przejścia mamy trudną grań części Supramonte z Monte Corrasi 1463 m. Rano słuchamy jak wyje wicher. Jeśli nie przejdziemy tego odcinka dziś, możemy tu utknąć na kolejne 4 dni. Nie mamy tyle jedzenia. Idziemy.
Mamy więcej szczęścia niż rozumu, bo szlak jest osłonięty od wiatru granią. Problemem jest przejście przełęczy. Kilka razy wiatr powala nas na ziemię.
Od wiatru gorszy jest tylko deszcz. Ma padać od południa, więc przed świtem ruszamy szlakiem na zboczach kamiennych sardyńskich kolosów. Alpejskie podejście na Orgoi nas wykańcza, ale musimy zbiegać w dolinę, gdzie mamy szansę schronić się przed deszczem.
O ironio, to suche góry, więc mamy problem z wodą. Na szczęście znajdujemy studnie pod miejscem noclegu – w wiatce przy nieczynnym schronisku. Samoróbka z butelki, kijka i sznurka pozwala nam dosięgnąć wody. Kolejnego dnia do naszej drużyny dołącza Karolina
koza z mijanego gospodarstwa. Pojawiają się też turyści na szlaku. To pierwsze oznaki cywilizacji po 5 dniach w górach, gdzie były tylko chatki pasterskie.
Czy to ostatnia prosta?…









