To było 7 lat temu… Przeżyliśmy przygodę, której nigdy nie zapomnimy.
Czas zaciera trudności, które pokonujemy na szlaku.
Nie pamiętamy ile wysiłku kosztowało nas codzienne torowanie zasp śniegu. Nie pamiętamy jak marzliśmy, kiedy temperatura spadła do -27 stopni. Nie pamiętamy jak bardzo się baliśmy, kiedy zobaczyliśmy świeże ślady niedźwiedzia. Nie pamiętamy przerażenia na odgłos osiadającego śniegu na stoku, po którym szliśmy.
Nie zapomina się jednak takich wydarzeń jak to. Ludzka pamięć działa wybiórczo – chcemy pamiętać tylko te dobre rzeczy.
Walka z zawieją na 2000 metrów przeradza się w walkę o przetrwanie. Z perspektywy czasu widzimy, że być może to nie my uratowaliśmy drozda, może to on uratował nas…
„Nie widzę, co jest dookoła. Boję się, że zrobię fałszywy krok. Zimą nawet łagodne góry zmieniają swoje oblicze nie do poznania. W dodatku szwankuje nam nawigacja. Pokazuje pozycję ze znacznym opóźnieniem. Ciągle wystawiona na wiatr, zaczyna zamarzać. Mimo zapewnień producenta o niezmiennej wydajności do minus dwudziestu stopni Celsjusza. W tym momencie zaczynam przekonywać Sławka, że powinniśmy dziś odpuścić dalszy marsz. Śnieżyca i huraganowy wiatr szaleją w najlepsze. Jesteśmy wycieńczeni po wczoraj, ja na pewno. Wszystko nam się sprzeciwia. Do tego zagrożenie lawinowe jest bardzo wysokie. Sławek jak to Sławek – nie daje się ponieść emocjom. Mówi: musimy iść dalej.
Do najbliższej koliby na naszej trasie mamy siedem kilometrów grzbietem. Jest wcześnie, zdążymy przed zmrokiem. Nie mam wyjścia, muszę zawierzyć partnerowi.
Sławek przejmuje prowadzenie. W tych warunkach to skrajnie wyczerpujące zajęcie. Całą uwagę skupiam na każdym kroku, nerwy mam napięte, wytrzeszczam oczy, żeby we mgle zobaczyć jakiś cień, załamanie, cokolwiek, co pomogłoby mi odgadnąć ukształtowanie terenu. W lewej ręce trzymam nawigację, zamiast odpychać się kijkiem. W momencie gdy przerzedzają się chmury, można zobaczyć wygładzone wiatrem stoki. Spośród tej bieli wyodrębnia się ciemny kształt. Zauważamy go oboje, zakładając, że to skała wystająca spod śniegu. Coś się jednak nie zgadza. Wszystko oblepione jest śniegiem, więc i ta skała powinna być ośnieżona. W takiej zamieci nie wiemy, na co patrzymy. Nie ma żadnych punktów odniesienia. Po kilku krokach okazuje się, że to nie skała. To mały ptak uwięziony w zamarzającym śniegu. Do połowy jest oblepiony lodem. Gdy podchodzimy, próbuje uciekać resztkami sił.
– Wyciągnij siatkę z mojego plecaka – mówię do Sławka. Podnoszę ostrożnie ptaka i wkładam go do siatki tak, żeby miał głowę na zewnątrz.
– Rozepnij mi kurtkę i kamizelkę. Spróbuję go ogrzać. Może przeżyje.
– Musi być z nim kiepsko, że dał się schwytać.
– Raczej nie mógł odlecieć, jest na wpół zamarznięty.
– Zejdźmy niżej. Wypuścimy go bliżej lasu.
– Przed nami przełęcz, z niej zejdziemy na boczny grzbiet. Na mapie widzę, że jest chata. Możemy tam zanocować i przeczekać niepogodę.
Mimo że jest dopiero południe, schodzimy z głównego grzbietu. Znak od matki natury pojawił się w odpowiednim momencie.
Za przełęczą zaczyna się stok, którym się kierujemy. Stromizna wygląda na zjeżdżalnię. Głęboko wdycham wiatr wiejący prosto na nas i zaczynam trawersować stok. Nie ma innej drogi. Jestem skupiona, żeby nie popełnić błędu. Żeby iść po stabilnym podłożu. Żeby jak najszybciej dotrzeć na grzbiet. Przed nami wyrasta kilkumetrowa skarpa. To zaspa śniegu nawiana nad korytem źródła przecinającego stok.
Przystajemy na chwilę w miejscu osłoniętym od wiatru. Pijemy herbatę i zaglądamy do naszego ptasiego towarzysza. Odtajał i chce się wydostać. Robię większą dziurę w siatce, żeby dochodziło do niego powietrze.
Sławek przekopuje śnieżną skarpę, pomagając sobie kijami. Ruszamy dalej stokiem. Zachowujemy odstęp, ale i tak ryzykujemy. Dwadzieścia minut trwa wieczność. Wreszcie stajemy na szerokim grzbiecie! Teraz możemy odetchnąć. W tym miejscu lawina nam nie grozi.
– Zobacz, przejaśnia się. – Sławek wybija mnie z myśli. – Może jednak wrócimy na grań? Jest wcześnie, możemy jeszcze dużo dzisiaj przejść.
– Przed nami jest skalisty grzbiet. Nie mam zamiaru tam iść, kiedy nic nie widzę. Ustaliliśmy, że schodzimy do chaty i ruszymy jutro, jeśli będzie widoczność. – Jestem nieprzejednana. – Wczorajsza wyrypa dała mi popalić. Skończymy dzisiaj wcześnie, to organizm będzie miał czas na regenerację – podpieram swoje zdanie argumentami.
Kierujemy się w stronę chaty. Momentami nie wiem, którą stroną obejść kamienie wyrastające przede mną z mgły, albo okazuje się, że jesteśmy na śnieżnej skarpie. Przejaśnia się, bo im niżej, tym mniej chmur. Schodzimy na tysiąc siedemset metrów nad poziomem morza i z otaczającej bieli wyłania się chatka. To dobry moment, żeby wypuścić szarpiącego się ptaka. Niech leci, gdzie ma lecieć. Ożywiony drozd śpiewak wygląda tak, jakby nic się nie stało. Robimy zdjęcie dla zidentyfikowania gatunku, ptak po chwili odlatuje. Cieszymy się, że udało nam się go uratować. Rozgaszczamy się w chacie i obserwujemy, jak z dolin podnosi się mgła. Pogoda się stabilizuje, to dobry znak.”
Tę historię w całości i wiele innych przeczytacie już niedługo w naszej książce „Łuk Karpat zimą”.
