Szlak jesienią i zimą opowiada inną historię – dziką i wymagającą, a jednocześnie niesamowicie żywą.
Na szlaku idziemy zmarznięci, przemoczeni, głodni, wiatr świszczy między drzewami, a każdy krok jest wyzwaniem. Ale właśnie wtedy, kiedy najbardziej tego potrzebujemy, zupełnie przypadkowo trafiamy na chatkę w środku lasu. Rozpalamy ogień i czujemy, jak ciepło ogrzewa nasze twarze do czerwoności. Możemy siedzieć i patrzeć w ogień bez końca. Nie liczy się nic innego. Niczego więcej nie potrzebujemy. Takie momenty przypominają, po co właściwie ruszamy w drogę. Doceniamy wtedy najprostsze rzeczy.
Ogień. Schronienie. Cisza.
Perspektywa na to, co ważne zupełnie się zmienia. Nie liczy się, to że śmierdzimy i wszystko nas swędzi, bo myliśmy się dwa tygodnie temu. To nic, że od kilku miesięcy jemy to samo na śniadanie, obiad i kolację. Co z tego, że nie wiemy, co się dzieje na świecie. Nasz świat jest tutaj. Warto mieć w życiu coś, co nam o tym przypomina.
